SlidesJS Standard Code Example

skansen home

Photo by: Missy S Link: http://www.flickr.com/photos/listenmissy/5087404401/ Photo by: Daniel Parks Link: http://www.flickr.com/photos/parksdh/5227623068/ Photo by: Mike Ranweiler Link: http://www.flickr.com/photos/27874907@N04/4833059991/

 

Dzięki zapiskom prowadzonym przez Jadwigę Rożek, wiemy jak wyglądały święta Bożego Narodzenia w rodzinie Rożków. Opisywane sytuacje działy się na przełomie XIX i XX wieku w Wolsztynie na ulicy Cmentarnej (obecnie Słodowa). Siostra Marcina tak wspomina:

„ . . . najmilsze były chwile, gdy wieczorem ojciec zapalił świeczki na choince i my wszyscy na około niej usiedliśmy. Wszyscy razem potem śpiewaliśmy te nasze piękne polskie kolędy, jedna po drugiej.”

„Marcin już od 11 roku życia pomagał swoim rodzicom w inny sposób. Rano o godzinie 6-stej, gdy inne dzieci jeszcze spały (był najstarszy – przypis autora), Marcin roznosił z piekarni Trebina (budynek mieścił się na obecnej ulicy Dworcowej – przypis autora) bułki po mieście. Dostawał za to śniadanie i 6 marek miesięcznie. Na gwiazdkę otrzymywał jakiś upominek, pierniki, jabłka i orzechy. Pracował tak aż do zakończenia szkoły podstawowej. Potem pracę tą objął Karol a potem ja.”

„Pamiętam, pewnego roku, gdy Marcin przyjechał na gwiazdkę, nie było choinki, gdyż matka nie dostała kupić takowej. Z tego powodu my, dzieci byłyśmy bardzo smutne. Marcinowi też się nie podobała gwiazdka bez choinki, więc wyleciał gdzieś, przyniósł gałęzie świerkowe, wziął matce kij od szczotki i zrobił bardzo ładna choinkę. I tak mieliśmy jednak naszą choinkę. W drugi dzień była Wigilia, którą zawsze uroczyście obchodziliśmy. My dzieci co chwilę wychodziliśmy przed dom zobaczyć, czy już pierwsza gwiazda się ukazała, bo wtenczas rozpoczynała się wieczerza wigilijna. Po wspólnej modlitwie i łamaniu się opłatkiem zasiedliśmy do stołu, była zupa grzybowa (grzyby matka sama zbierała) z łazankami, rybki pieczone, kapusta grzybami, potem makiełki bardzo dobre (mielony mak z pokrajaną w drobną kostkę bułką z cukrem i rodzynkami) a na koniec kompot z suszonych owoców. Potem dzieci wyszły z kuchni a w pokoju zaczęły się jakieś dziwy. Wtem dzwonek zadzwonił na sieni, ktoś gwałtownie puka do drzwi i wchodzi duży Gwiazdor z podarkami, po kolei Gwiazdor zapytał nas dzieci, czy rodziców słuchamy, czy lekcje odrabiamy polskie i niemieckie, czy umiemy pacierze odmawiać. Klękaliśmy i mówiliśmy pacierze a czasem jakiś ładny wiersz polski. Na koniec każdy dostał swoja paczkę, w której zawsze było coś praktycznego, jakiś ciepły szalik, rękawiczki lub ciepłe pończochy i zawsze jakaś zabawka, lalka z włosami, jakiś konik dla chłopców a najładniejsze były polskie książki z bajkami i kolorowymi obrazkami.”

„I długo wierzyliśmy w tego gwiazdora, że przychodzi z dalekiej krainy, gdzie mały Jezus się rodzi, bo tak ślicznie ten gwiazdor o tym opowiadał, jak daleko szedł przez rozmaite kraje, gdzie pomarańcze i cytryny i banany rosną. Przecież na dowód tego przyniósł każdemu pomarańcze i banana a matce cytryny do herbaty. To dopiero było co oglądać zagraniczne owoce, które pierwszy raz dostaliśmy. Ojciec zwykle dostawał butelkę dobrego koniaku i cygar kilka. Radości nie było końca. Około pół dwunastej matka nas ciepło ubrała, małe dzieci już spały a reszta tak od 5 lat maszerowała z rodzicami w tę mroźną, lecz jak piękną noc gwiazdami uświeconą na pasterkę, bo bez pasterki nie byłoby prawdziwych świąt. . . lecz przedtem jeszcze weszliśmy w uliczkę, która prowadzi do jeziora, bo tam szli ludzie z pasterki do domu do wioski Chorzemin. Przez jezioro zamarznięte skracali sobie drogę. Ludzie mieli latarki, szli gęsiego, bo droga była wąsko wydeptana. . .. To było coś tajemniczego, niesamowitego to przejście przez zamarznięte i zaśnieżone jezioro. . . a potem spać i śnić o tych wszystkich cudach.”

świeta u Rożków